poniedziałek, 8 grudnia 2014

Zwolnij... szkoda życia


„Zwolnij… szkoda życia”, mówi jedna z reklam społecznych dotyczących przekraczania dozwolonej prędkości. Można jednak rozważyć to także w kontekście bardziej ogólnym – zwolnij, zanim po prostu Cię szlag trafi.

W ciągu ostatnich dni wielokrotnie usłyszałem od ludzi – „zwolnij – szkoda, żebyś się zajechał”.
A tak trochę było – w ubiegły poniedziałek wylądowałem na SORze szpitala z dziwnymi objawami, których nie będę tu opisywał, jednak które dały mi bardzo do myślenia przez kolejne kilka dni, które spędziłem w szpitalu. Myślę, sobie, że wielu z Was może też dać do myślenia. I polecam Wam moją krótką, ale okupioną wieloma myślami, opowieść.

Pytanie, które pojawiło się w mojej głowie to: Czy da się zajechać przed 30stką? Jak to zrobić? Przecież jesteśmy młodzi, piękni, silni, niezniszczalni, możemy przenosić góry, sen jest dla słabych itd. Itd. Itd. Przecież nieważne ile robię – robię to i wywiązuję się ze swoich obowiązków. Pracuję, zmieniam świat, robię dobro, pomagam każdemu, kto potrzebuje. Śpię po 4 godziny na dobę, pracuję przez kilkanaście. I mimo poczucia, że czasem nie wyrabiam, regeneracja trwa naprawdę krótko. Jedna przespana dobrze noc i mogę wracać na tor.

Tak myślałem do tej pory. Wygląda jednak na to, że nie zawsze ‘Sky is the Limit’… To co do tej pory było dla mnie niemal oczywiste już takie pewne nie jest i myslę, że dobrze byłoby tamtą frazę zastąpić nową – „Know Your limits”. Znaj swoje ograniczenia, bo jak przegniesz to może to się skończyć nie najlepiej. Chcecie Bardziej dosadnie? „Pyk i Cię nie ma” – a to nie jest trudne. Jak pokazują badania, ryzyko śmierci w wyniku zawału przed 30stką jest o wiele większe niż później w linii życia. A ponieważ, jak już napisałem w dużej mierze uważamy się za niezniszczalnych, ten upadek może być bardziej bolesny.

Strasznie mi miło było, kiedy leżąc w szpitalu dostawałem szereg wiadomości, smsów i telefonów ze słowami otuchy i wsparcia. Bardzo wszystkim za to dziękuję. Dziękuję też wszystkim, którzy to wsparcie okazali Kasi. Bezcennym jest wiedzieć ilu ma się życzliwych ludzi wokół:) Spośród tych telefonów, jeden może być kwintesencją tego o czym dzisiaj chce pisać. 
Brzmiał on mniej więcej tak:„Warto czasem mieć trochę w nosie cały świat. To nie jest tak, jak nam się wydaje, że on się zawali jak na chwilę odpoczniemy”.

Prawdziwe czy nie? Zawsze myślę, że wolę wszystko robić sam, żeby nie musieć tego sprawdzać potem. Czy to kwestia braku zaufania czy wrodzonego, wrednego i obciążającego perfekcjonizmu i upierdliwości – nie wiem. Jednak wydaje mi się, że lepiej spożytkować energię na wykonanie zadania niż na ewentualne sprawdzanie, jak zostało ono wykonane i ewentualne poprawianie.
A przecież nie ma mnie tydzień, nie robię tego, co robię normalnie, a świat jak stał tak stoi, ludzie sobie świetnie radzą, dzwonią w ostateczności, kiedy faktycznie już potrzebują pomocy. Nie ma kryzysów, nie ma paniki, nie ma zamieszek na mieście. Da się? Da!

Tydzień to długo, dla kogoś, kto ma wieczne ADHD, musi być wszędzie, robić wszystko, angażować się, analizować, obserwować, działać. Po drugim dniu w szpitalu liczę płytki na ścianach, trzeciego dnia chce wyjść przez okno, bo tak frustruje mnie zamknięcie. Nie lubię limitów. Tych, o których pisałem przed chwilą też – tych swoich własnych – ale muszę je zaakceptować. Tak samo, jak to, że przecież nic się nie stało przez ten tydzień jak mnie nie było.


Ok, pierwsze odczucie jest takie – "kurczę nie jestem w ogóle potrzebny". Wszyscy sobie świetnie radzą beze mnie, to po co ja w ogóle mam robić to co robię? Odpowiedź jest prosta – bo w dużej mierze ktoś Cię teraz zastępuję, a co za tym idzie robi mniej swoich rzeczy – Ty masz swój odcinek pracy i wrócisz do niego jak wydobrzejesz. Nie znaczy to też, że masz się zacząć opieprzać po powrocie, bo przecież wszystko daje rade bez Ciebie. Jeżeli wylądowałeś w tej sytuacji co ja, to znaczy, że nie umiesz się opieprzać, ale jeżeli byś o tym pomyślał, to raczej zastanów się nad bardziej efektywnym wykorzystaniem czasu. Zastanów się na większą dozą relaksu w swoim życiu i więcej czasu poświęcaj swoim bliskim. Bo z tego, że się zajeżdżasz oni bezpośrednio nie mają wiele. A jak się już zajedziesz, to będą mieli jeszcze mniej.

Wiem, że mnie nie będzie łatwo – nie jestem typem człowieka, który jest asertywny, umie odmówić, kiedy wpada mu kolejny projekt do wykonania. Ale uczę się tego – sukcesywnie – uczę się nie tylko swojej wartości, ale także tego, że nie młodnieje, a poziom stresu i obciążenia w życiu nie sprzyja wcale lepszemu samopoczuciu.  Brzmi znajomo? Zastanów się czasem, co jest ważniejsze – kolejny projekt zrealizowanym wpisany do portfoliom do cv, czy raczej chwila relaksu, spędzona z bliską osobą, która potem da Ci kopa do działania.

A więc, ja zaczynam zwalniać, Ciebie też zachęcam. Po co wylądować w szpitalu na tydzień z kolejnym do spędzenia w domu, skoro możesz np. spróbować ten tydzień wziąć wolnego, dla Siebie i dla innych. Popatrz sobie z perspektywy na wszystko co robisz i zastanów się, czy faktycznie to wszystko  wymaga Ciebie na 100 procent. I daj jak najwięcej możesz sobie i swoim Bliskim!






środa, 29 października 2014

U Pana Boga za piecem

Bardzo dawno nie pisałem - jednak bardzo ciężko ogarnąć bloga, kiedy bardzo ciężko ogarnia się swoje życie ze względu na nadmiar obowiązków... Staram się jednak zacząć dzisiaj znowu pisać regularnie:)


W każdym razie dzisiaj będzie trochę osobiście

Na co dzień nie rozmawiam o religii i nie piszę w tym temacie, no chyba, że coś bardzo mocno mnie zirytuje – wtedy zdarza mi się komentować te kwestie. Dlaczego tego nie robię? Nigdy nie byłem osobą bardzo religijną. Nie wiem z czego to wynika – czy z tego, że wychowałem się w domu, który nie robił z religii centrum wszechświata, który dawał mi możliwość poznania świata z każdego możliwego punktu widzenia.

Niemniej jednak zostałem wychowany w doktrynie kościoła katolickiego – przeszedłem przez sakramenty od Chrztu, poprzez Komunię, Bierzmowanie i ślub kościelny. W dużej mierze jednak moja praktyka religijna opiera się bardziej na działaniu rytualnym – powtarzaniu pewnych zdarzeń wg kalendarza i uczestnictwie w nich na zasadzie rytualnego odbębnienia pewnego porządku liturgicznego. Od zawsze dużym dyskomfortem jest dla mnie spowiedź, nie ze względu na fakt, że „grzeszę” tylko na to, że nie czuję potrzeby opowiadania o moich problemach człowiekowi, który w dużej mierze nigdy ich nie miał i nie jest w stanie doradzić mi praktycznego rozwiązania.
Studiowanie socjologii też zdecydowanie nie pomogło mi w umocnieniu wiary, bo nauczyło mnie patrzeć na religię, jako na system i zjawisko społeczne ale z punktu widzenia czysto naukowego. Niemniej jednak studia socjologiczne zachęciły mnie do analizy różnych wierzeń.

W czasie studiów brałem kursy dotyczące duchowości i jej alternatywnych form, czy kryzysu religii. Kiedy pomieszkiwałem w Kanadzie, chodziłem z ciekawości na msze do katolików, do protestantów, brałem nawet udział w protestanckich naukach przedmałżeńskich. Podczas różnych wyjazdów brałem udział w nabożeństwach prawosławnych, neounickich, czy żydowskich. Odwiedzałem różne świątynie, rozmawiałem z Rabinem, Muftim, Popem i wiernymi różnych religii – tak żeby dowiedzieć się czegoś o nich.

Niemniej jednak wszystko to opiera się nie na chęci wiary, a czystej ciekawości. Ja po prostu być może nie zostałem (albo jeszcze! nie zostałem) ‘obdarzony’ silną wiarą, jak wielu ludzi, których znam i którym nawet zazdroszczę tego, że potrafią wierzyć. To w Polsce oczywiście wierni określonego wyznania. Patrzę przykładowo na Błażeja Strzelczyka, czy Piotra Żyłkę, który pokazują naprawdę ‘ludzką’ twarz katolicyzmu, ale za chwilę spoglądam na proboszcza w parafii na Rżące w Krakowie, dla którego najważniejsze jest zrobienie witraża w oknie i postawienie figur za 300 tysięcy i jeszcze grzmi z ambony, że ludzie dają na to za mało pieniędzy. Nieistotne dla niego jest, że tak ogromną kwotę pieniędzy możnaby przekazać na pomoc ludziom, którzy tego potrzebują, a którym figura naprawdę nie napełni lodówki jedzeniem.

Tak więc, obserwuje, przyglądam się, analizuje, wściekam, bądź cieszę. Patrzę na obecnego Papieża, którego szanuje i mogę powiedzieć, że naprawdę lubię i podziwiam. Z drugiej strony patrzę na Patriarchę Cyryla, który bez problemu układa się z Prezydentem Rosji, wspierając politykę, która jest w dużej mierze szkodliwa dla jego wiernych. W ogóle upolitycznienie religii, wydaje mi się najgorszą jej właściwością w dzisiejszym świecie. Jeżeli słyszę, że księdza kościoła katolickiego, który mówi, że jego jako katolika prawo polskie nie obowiązuje  to zastanawiam się, kto na to pozwala.

Wracając do tematu. Tak szczerze nie o tym chciałem pisać, bo nie to było triggerem dzisiejszej notki. Była nim moja wizyta na nabożeństwie w Kościele Chrystus Królem w Krakowie (Wspólnota spotyka się o godz. 10.30 na ul. Mogilskiej 43). Nasze przyjaciółki, które aktywnie zaangażowane są we Wspólnotę zaprosiły nas tydzień temu, żebyśmy przyszli. No więc jak? Z ciekawości poszliśmy. Poza tym obiecały dobre ciastko!;)

Muszę przyznać, że pierwsze wrażenie było podobne, jak w przypadku nabożeństw, które oglądałem w Kanadzie. Grupa dobrze znających się ludzi, przyjaznych i uśmiechniętych, który łączy jedno – wspólna wiara! Na wejściu rozmowy, wszyscy radośnie się witają, witają Ciebie jako gościa i śpiewają – wesoło radośnie, po polsku i po angielsku. 

To co zawsze uderza mnie w nabożeństwach protestanckich to radość, prawdziwa i nieudawana, którą pokazują śpiewając i modląc się – tego zawsze brakuje mi w kościele katolickim, gdzie odnoszę wrażenie, że większość wiernych przytłoczona jest całą sytuacją mszy. Tutaj nie ma przytłoczenia – jest naprawdę tylko wielka radość.

Jednak to do czego dążyłem przez ostatnie kilka minut Twojego czytania, to kazanie. Kazanie, które głosi Pastor Przemek Sielatycki. Człowiek, który wychodzi do na środek w podkoszulku i swetrze. Człowiek, który uśmiecha się i którego odbierasz jako kogoś swojego, kogoś kto nie przyszedł Cię zganić, kogoś kto nie chowa się za symbolami, ołtarzem, szatami i całą otoczką tradycji, która w dużej mierze nie ma nić wspólnego z Wiarą, lecz jest tylko naleciałością wieków średnich.

Ostatnie kilka niedziel, to kazania oparte o analizę modlitwy Ojcze Nasz. I to jest naprawdę coś arcyciekawego. Myślę sobie: Ilu wiernych zastanawia się o, co chodzi w tej modlitwie? Ilu z nich po prostu odbębnia modlitwę na koniec liturgii, tuż przed komunią, albo ucieczką z kościoła, „bo przecież jeszcze tylko błogosławieństwo” (też to się da dobrze zaobserwować, jak ludzie wymykają się przed komunią). A tutaj przychodzisz i słuchasz, o co tak naprawdę może chodzić Bogu, który uczy swoich wiernych modlić się, przy użyciu określonych słów.

No i tutaj meritum, które być może mnie samego zaskakuje. Myślę, że Pastor odniósł w moim przypadku sukces, gdyż opowieść, której posłuchałem w pierwszą niedzielę, sprawiła, że poszedłem posłuchać kolejnej części.

I wiecie co? W najbliższą niedzielę, też z chęcią pójdę.

sobota, 21 grudnia 2013

Beztroska troska o klienta - czyli o pracy administracji w budżetówce

Niekompetencja, brak odpowiedzialności za swoje błędy  oraz brak jakiegokolwiek zaangażowania w pracę sprawiają, że urzędnicy i pracownicy administracyjni, tzw. sfery budżetowej są bezkarni i nie przejmują się jakością obsługi swoich petentów (nie lubię tego słowa… niech od teraz będzie to klient, Klient – dużą literą, niech choć tu przez chwilę będziemy istotni dla budżetówki). To z kolei prowadzi do sytuacji, w której ów Klient pełen frustracji nie może załatwić spraw, które normalnie powinny być ‘zrobione od ręki’. Chciałbym, żeby po lekturze mojego tekstu, ludzie: urzędnicy i pracownicy administracyjni, którzy na co dzień w ten właśnie sposób obsługują Klientów, zastanowili się na tym, czy nie mogliby czasem wyjść w ich stronę, pomóc im i nie szkodzić wizerunkowi swojego pracodawcy.


Sam jestem pracownikiem sfery budżetowej, choć w zupełnie innej funkcji niż pracownik administracyjny. Mimo, że jako wykładowca uważany jestem za kogoś, kto pracuje „zaledwie kilka godzin tygodniowo” swój dzień zaczynam właściwie codziennie o 6.30. O 7:15 wychodzę z domu i wracam do niego w godzinach wieczornych. W weekendy też…. (Co to są weekendy?! ;)) W tym czasie często nawet 15 minut przerwy to jest luksus, który polega na tym, ze przemieszczam się między różnymi miejscami, gdzie uczę, działam w ramach wolontariatu, czy pracuję w różnych projektach. W swojej pracy codziennej, w działalności fundacyjnej, czy w sferze prywatnej, kiedy załatwiam wszelakie sprawy, natykam się na wiele sytuacji, w których czasem po prostu brakuje mi słów. Ostatnie miesiące to jednak rosnący poziom mojej frustracji związanej z kontaktem z różnymi poziomami administracji (szczególnie w tzw. budżetówce) w różnych miejscach, z którymi miałem do czynienia. Czy to będą uczelnie wyższe, szkoły, sądy, spółdzielnie, magistraty - jest nieistotne. Istotne jest, że wszędzie mamy szansę spotkać taki sam styl obsługi klienta (a właściwie brak jakiegokolwiek Stylu) – który swoje korzenie ma głęboko w poprzednim systemie. Jeżeli, ktoś myśli, że wzór urzędniczki rodem z filmów Barei jest czymś co wiązało się tylko z PRL-em, myli się (i prawdopodobnie jest człowiekiem szczęśliwym – nie musi korzystać z ‘pomocy’ urzędników)!  Te same zachowania, taką samą niekompetencję i brak uprzejmości możemy spotkać dzisiaj w Polsce AD 2013. Nie jest tak tylko dlatego, że osoby, które pierwsze szlify w pracy zdobywały w okresie lat 60tych i 70tych dzisiaj nie osiągnęły jeszcze wieku emerytalnego, ale dlatego, że ich młodsze koleżanki i koledzy przejmują ich wzorce zachowań i przekazują jej dalej coraz to młodszym. I tak oto możemy mieć pewność, że nawet pokolenie urodzonych w latach 80tych, które w ostatnich latach rozpoczęło zdobywanie doświadczenia zawodowego, dziś będzie zachowywać się podobnie jak ich koleżanki będące u schyłku swojej kariery zawodowej.

Żebym nie został źle zrozumiany: nie mam tutaj na myśli wszystkich urzędników, czy pracowników administracji, bo to byłoby krzywdzące. W swojej podróży przez biura administracyjne różnych podmiotów spotykam naprawdę miłe, pomocne i w pełni kompetentne osoby. Osoby, których charakter nie pozwala na to, żeby przesiąknąć stylem polskiej administracji. Jednak niestety te osoby stanowią mniejszość pośród morza fochów, obrażeń i olewactwa z jakim każdy z nas ma do czynienia w codziennym kontakcie z pracownikiem administracji. Osoby te są też po prostu często nielubiane przez swoje koleżanki – przecież z założenia stanowią zagrożenie dla nich – bo skoro ktoś pracuje szybciej, to oznacza, że i też tego można wymagać od innych. Skala zjawiska jest zatrważająca, jeżeli uświadomimy sobie, że 20 procent pracujących w Polsce, swoją prace wykonuje właśnie w sektorze publicznym (http://gospodarka.dziennik.pl/praca/artykuly/418206,potezny-sektor-publiczny-co-piaty-polak-pracuje-w-budzetowce.html). Czy to zepsucie jakości pracy obejmuje więc większość tych ludzi, czy jest to tylko wycinek, na który pechowo trafiam?

To, co przede wszystkim rzuca się pierwsze w oczy, gdy wchodzimy do gabinetu, czy podchodzimy do okienka to relacja władzy – zawsze jesteśmy na straconej pozycji, bo przecież przychodzimy w sytuacji, której MY czegoś potrzebujemy i jest to ZALEŻNE od DRUGIEJ osoby. Tak więc dobra wola drugiej osoby może być na tyle rozbudowana, że nam pomoże bez żadnego problemu i jeszcze z uśmiechem otrzymamy to, czego potrzebujemy. Może być też tak, że osoba nas obsługująca, zrobi nam łaskę, poświęcając swój ‘cenny’ czas w pracy. Może być też tak, że zostaniemy odprawieni z kwitkiem, pod jakikolwiek pozorem (np. celem uzupełnienia dokumentów o 15 kopię) aby zwyczajnie odczekać swoje – ponieważ osoba nas obsługująca, albo potrzebuje dużo czasu na wykonanie swojej pracy, albo nie wie jak ją zrobić i musi po cichu poradzić się kogoś, tak żeby nie przyznać się do swojej niewiedzy. Co więcej bardzo często pracownik jako, jak już ustaliliśmy, będący na wygranej pozycji, będzie się z nami kłócił udowadniając nam, że przepisy wyglądają inaczej niż w ustawie czy jakimkolwiek rozporządzeniu. Dopiero dokładne przytoczenie zapisów w dokumencie pozwoli nam wygrać batalię (choć nie zawsze przy pierwszej wizycie! O nie!) – pamiętajmy, że wiedza i doświadczenie pracownika są tutaj najważniejsze. Co z tego, że nie rzadko wywody pracownika mają niewiele wspólnego z prawdą? Jak napisał mi jeden z moich znajomych, to co cechuje współczesnego pracownika administracji to niekompetencja połączona z przekonaniem o własnej nieomylności – szkoda tylko, że ta pewność jest dość mylnym przekonaniem.

Źródło: panihalinka.pl

Problemów, z którymi napotkamy się wchodząc głębiej w korytarze administracyjnego gmachu jest więcej. Nie wynikają jednak one jedynie z niekompetencji pracowników, ale także z powodu ich bezkarności i braku odpowiedzialności za popełniane błędy. Każdy, kto choć raz pracował poza sektorem budżetowym wie, że popełnione błędy trzeba naprawić lub ewentualnie ponieść za nie odpowiedzialność. W przypadku strefy budżetowej, wydaje się, że błąd jest rzeczą naturalną – nie ma wielkiego problemu, że się go popełniło, a jego maskowanie, ukrywanie, lub przerzucanie odpowiedzialności na Klienta też jest rzeczą naturalną.

Co by było, gdyby pracownik został obarczony odpowiedzialnością finansową za swoje błędy – adekwatną do kosztów, jakie poniosło przedsiębiorstwo? Zapewne nauczyłby (nauczyłaby) się szybko, że praca to nie tylko wypełnianie ( bądź nie) swoich obowiązków, ale także odpowiedzialność za to co się robi. Ponieważ niestety w większości wypadków tak nie jest, ciągle mamy do czynienia z świętymi krowami (w sensie metaforycznym oczywiście), którym nic się nie dzieje, nieważne jak źle pracują. A to, co jest w tym wszystkim najgorsze to to, że wiele osób, które poszukują pracy, dałoby naprawdę wiele, żeby móc pracować na ich miejscu. I jest duża szansa, że osoby te, wykonywałyby tę pracę znacznie lepiej ze względu na świadomość jak ciężko było ją znaleźć. Większość pracowników sfery budżetowej przez swoją bezkarność nie ma w ogóle szacunku dla swojego miejsca pracy, tym bardziej, że to miejsce bardzo często jest jedynym w jakim mieli okazję pracować.
Ten brak szacunku dla posiadania pracy wiąże się z wieloma praktykami, które można łatwo zaobserwować. Czy pracownika administracji obowiązują godziny pracy? Jak się okazuje nie zawsze – ileż to razy zdarzyło się Wam przyjść i pocałować klamkę, bo okazało się, że 8:30 rano to wcale nie jest godzina o której można coś załatwić, mimo, że pracownik powinien być od 7.30 czy 8:00? Ale w sumie po co ma przychodzić do pracy? Jeżeli jego szef/kierownik jest daleko w innym budynku, to przecież nie będzie mu się chciało sprawdzać, czy jego podwładny był faktycznie o tej godzinie o której powinien. Co więcej on/ona pewnie nie będzie się tym przejmował, bo przecież spóźnienie jest rzeczą ludzką…  A dodatkowo, kto mówi o spóźnianiu? Przecież koleżanki lub koledzy z pokoju obok np. zapewnią mu to, że klucz zniknie od portiera o tej godzinie o której powinien. I nikt się nie zorientuje, że było inaczej – nawet śledczy z  W11! A co jeśli pojawi się Klient? Wtedy życzliwie powiedzą mu, że Pani/Pan X załatwia właśnie bardzo istotne sprawy służbowe lub, że wyjątkowo zatrzymało ją/go coś ważnego po drodze. Szkoda tylko, że podobnie powiedzą Nam, jak przyjdziemy załatwić kolejna sprawę – zapewne nie pamiętając, że my tu już byliśmy. To samo będzie, jeżeli w godzinach pracy trzeba będzie załatwić ważną sprawę, wychodząc z budynku albo jeżeli postanowi zakończyć pracę trochę szybciej – tak np. z godzinę.

Kolejnym problemem polskiej administracji jest to, że pracownicy w dużej mierze przychodzą na spotkania towarzyskie, którym przeszkadzają właśnie Ci wredni petenci, którzy usiłują zrujnować piękny dzień. Nie ma przecież problemu z tym, żeby rzucić wszystko i posiedzieć sobie na kawie z koleżankami. Żeby było bardziej komfortowo – odłóżmy krzywo słuchawkę – tak żeby było zajęte – wtedy wszyscy, którzy będą próbowali się dodzwonić będą myśleli, że tyle mamy pracy, że nam się telefon urywa (znacie to skądś?). Równie dobrze można przecież też zostawić w drzwiach kartkę ‘zaraz wracam’ i pójść na ploty do koleżanki lub z całą ich zgrają zamknąć się w pokoju jednej z nich w celu obrabiania tyłka tym, których się nie lubi. To też jest problem administracji w tego typu miejscach. Skoro mają czas na to, żeby nie pracować, mają też czas na to, żeby szukać sensacji i plotek. No i oczywiście wszystkie te konflikty pomiędzy nimi – na to też jest czas i także na budowanie koalicji!. To ciekawie wygląda w kontekście wysokiej kultury osobistej, o której zawsze mówią ogłoszenia o prace na stanowiskach administracyjnych.

Trudno określić ile kosztuje przeciętnego podatnika utrzymanie wszystkich urzędników. Pewnym jest, że stworzenie miejsca pracy  przez Państwo jest droższe niż przez prywatnego przedsiębiorcę. Pytanie tylko, czy administracja musi być tak rozbudowana? Jak to jest, że praca, którą wykonują urzędnicy/pracownicy administracji zajmuje im tyle czasu? Jak to też jest, że jeżeli jeden pracownik jest obrotny to potrafi zrobić szybciej wszystkie te rzeczy i jak to się dzieje, ze potrafi pracować za dwóch – dosłownie… Czy zatem warto utrzymywać stanowiska, które są nieopłacalne? A do tego bardzo często zajmowane przez osoby po prostu niekompetentne? Czy w urzędach powinny pracować osoby, które nie umieją obsługiwać komputera? (poza oczywiście osobami, będącymi w wieku chronionym?). Powinno się takie osoby albo przeszkolić (tudzież zmusić do przeszkolenia) albo po prostu wymienić na jednostki, które poradzą sobie z prostymi czynnościami przy tej okropnej maszynie.

Biurokracja, z jaką mamy do czynienia to nie tylko efekt niedoskonałego prawa, tworzonych w pośpiechu i bez sensu ustaw. To także umiejętność dołożenia sobie zadań, które pokażą jak bardzo jesteśmy zajęci swoją pracą. Najważniejszą umiejętnością, jakiej musi nauczyć się pracownik administracji jest pokazywanie jak się ma dużo pracy i odpowiednie podkreślanie tego ciągłym marudzeniem. Wtedy wszyscy dadzą mu spokój i albo zatrudnią kolejne osoby (do równie ambitnego marudzenia) albo poczekają aż się odrobi – jednak przecież to nie jest możliwe przy tak ogromnym nawale pracy. Druga umiejętność to odłączenie się kompletnie od pracy, którą się wykonuje. Tak, żeby nie mieć problemu z tym, żeby przerwać ją w połowie i dokończyć następnego dnia, po weekendzie, czy po urlopie. Polecam wszystkim spojrzeć w budynkach administracji jak wyglądają korytarze w godzinach, gdy kończy się właśnie dzień pracy (tudzież tak 15 minut wcześniej) lub chwile po tym. Myślę, że twórcy filmów katastroficznych spokojnie mogliby kręcić sceny opuszczonych budynków: na biurku teczka z niedokończoną robotą, niedopita kawa, brakuje rozrzuconych w pospiechu po ziemi kartek – obrazek idealny.
Ważne jest oczywiście pytanie, kto jest pokrzywdzony w takiej sytuacji? Także odpowiedz jest oczywista: My – petenci, My – osoby, które muszą coś załatwić i są po prostu wrogami wygodnej, bezstresowej pracy w której można spokojnie przeżyć. Tylko, czy tak musi być? Czy wizyta w urzędzie lub w jakimkolwiek przyczółku administracji musi oznaczać, ze będziemy się denerwować? Może wystarczyłoby trochę wyszkolić te osoby z zakresu obsługi klienta (bo przecież nimi jesteśmy), żeby było lepiej. A może trzeba poczekać na zmianę pokolenia? Choć tutaj niestety tego się nie spodziewam, bo duża cześć zachowań jakie obserwuję dotyczy młodych osób. Nie mam recepty na to zjawisko – wiem tylko, że nie tak to powinno wyglądać



Przedświątecznie w grudniu 2013

wtorek, 6 sierpnia 2013

Kiedy 'klatka' jest lepsza od domu - dylematy odmowy adopcji zwierzęcia

Pytanie na dziś, to: Jak sprawić, żeby wszystkie strony procesu adopcji zwierzęcia były zadowolone?
Tych stron jest prawnie dwie, ale w rzeczywistości trzy, bo przecież najważniejszą stroną adopcji jest Zwierzę – to ono szuka nowego domu i osoby (osób), która go pokocha, a organizacja ma na celu mu ten dom zapewnić. Nie podoba mi się, kiedy w dokumencie czytam, że „przedmiotem” umowy jest Zwierzę – Ono podobnie jak my ma swoje prawa, a pierwszy zapis w Ustawie z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt mówi, że ‘zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę’ (http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU20130000856). Niestety zwierze nie jest podmiotem jakiegokolwiek działania, gdyż ta sama ustawa mówi w ust. 2, że ‘w sprawach nie uregulowanych w ustawie do zwierząt stosuje się odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy. Możemy jednak założyć, że przedmiotem umowy jest więc ADOPCJA zwierzęcia, a nie ono same – Już o wiele lepiej brzmi. Prawda?

Skąd właściwie moje przemyślenia w tym temacie?

Ostatnio w ramach naszej Fundacji (AFN Kraków) musieliśmy odmówić adopcji zainteresowanym osobom ze względu na niedostosowanie ich miejsca zamieszkania do warunków adopcji. Oczywiście osoby, którym musieliśmy przekazać informacje, że ich dom czy mieszkanie nie spełnia naszych kryteriów nie były z tego powodu szczęśliwe i potraktowały naszą Fundację w różny sposób, zaczynając od lekkich epitetów, po groźby, obrażanie samych wolontariuszy i obietnice obsmarowania naszej fundacji w gazetach.  Rozumiemy oczywiście rozżalenie tych osób, jednak chcemy, żeby wraz z decyzją o adopcji kota przyszła decyzja o zabezpieczeniu miejsca jego życia. Nie oceniamy miejsca dla kota po wielkości, czy stanie materialnym mieszkania, ale przede wszystkim pod względem możliwości zapewnienia Kotu długiego i szczęśliwego życia.

Koty, które stają się beneficjentami naszych działań to albo zwierzęta, które zostały uratowane z sytuacji zagrożenia życia albo trafiły do nas ‘w maleńkości’, gdyż ktoś chciał się ich pozbyć lub właśnie pozbył podrzucając na wycieraczkę któregoś z naszych wolontariuszy. Jeżeli uda nam się uratować życie takiej istoty to dlaczego nie mamy dopilnować, czy jego przyszły dom będzie dla niego bezpieczny? Czy wydanie Zwierzaka ot tak bez analizy jego przyszłości nie byłoby lekkomyślnością? Przecież im się należy (metaforycznie, ale w temacie mówiąc), ‘jak psu buda’ dobry dom i super przyszłość. One nie miały przyjemnego i łatwego startu w życie lub to ich życie zawaliło się nagle, powodując duży stres i zagubienie. My jesteśmy po to, aby sprawić, żeby więcej im się krzywda nie stała.

Niektóre podmioty robią tak, że bez zbędnych pytań wydają zwierzę. Pytanie dlaczego? Czy chcą ‘nabić’ sobie statystyki poprzez podliczenie liczby wydanych do domu zwierząt? Czy po prostu potrzebują ‘pozbyć’ się nadmiaru inwentarza fundacyjnego? Niestety po wydaniu zwierzęcia do domu, kontrola nad jego losem zostaje zaniechana. Nie sprawdzane jest, jak i czy  w ogóle zwierzę żyje. Kontrole są przypadkowe, jeśli w ogóle mają miejsce.

Raport Najwyższej Izby Kontroli sprzed kilku dni informuje, że kontrolowane przez NIK schroniska „Nie radzą sobie (…) z prowadzeniem rzetelnej ewidencji wyłapywanych psów i kotów. Tylko cztery skontrolowane gminy podjęły próby ich znakowania. Również w pięciu skontrolowanych schroniskach inspektorzy wykryli braki i uchybienia w ewidencji. To duże zaniedbanie, bo bez pełnej dokumentacji niemożliwe jest śledzenie dalszych losów zwierząt, które zostały umieszczone w schronisku lub oddane do adopcji. Utrudnione jest także sprawdzenie, czy pieniądze przeznaczone na ochronę zwierząt zostały właściwie wykorzystane (http://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-ochronie-zwierzat-bezdomnych.html). Po co prowadzić ewidencje? Przecież to zmusi nas ewentualnie do interwencji, jeśli coś będzie nie tak – a przecież udało nam się znaleźć dom zwierzakowi.

Przykładem kontroli, choć niestety trochę zbyt późnej, jest sprawa Wojciecha L. ze Śląska, który zamordował 20 kotów, adoptując je z różnych źródeł (http://www.koty.pl/aktualnosci1/art514,student-medycyny-adoptowal-20-kotow-by-je-zabic.html). Właśnie brak informacji o losie zwierząt doprowadził do strasznego odkrycia na temat, tego co robił z nimi. Niestety tutaj zawinił brak współpracy pomiędzy organizacjami prozwierzęcymi, które powinny – przynajmniej na poziomie miasta – prowadzić wspólną ewidencję, komu wydają zwierzę – żeby uniknąć sytuacji takiej jak ta.

Komentarzem, który możemy usłyszeć, kiedy odmawiamy adopcji jest, że ‘przecież każdy dom jest lepszy od klatki schroniskowej, czy fundacyjnej kociarni’. Ja bym nie był pewien, czy nie lepiej jest aby zwierzę poczekało jeszcze trochę na swojego właściciela niżby miało iść do domu w którym nie spotka go nic dobrego. Oczywiście jest to duży dylemat, przed którym organizacja staje, gdy musi odmówić adopcji.

Zastanawiam się, czy faktycznie można powiedzieć, że wymagamy zbyt wiele? I znowu tutaj wszystko sprowadza się do indywidualnych poglądów. Fundacja, w której mam przyjemność działać uważa, że osoba, która adoptuje kota do mieszkania w bloku powinna zabezpieczyć okno. Nie jest to duży wymóg, bo za zabezpieczenie uznajemy już tzw. moskitiery ramkowe, które robione są na wymiar z siatki winylowej. Profit jest podwójny, bo od razu w domu nie ma w lecie komarów i innych owadów, a okno możemy trzymać otwarte. Jeżeli mieszkanie ma balkon, to chcemy, żeby ten balkon też był zabezpieczony – siatką, która rozprowadzana jest na linkach plus ewentualnej konstrukcji, jeśli nie ma możliwości założenia jej z wykorzystaniem aktualnej powierzchni. Koszt osiatkowania balkonu w zależności od jego wielkości zaczyna się na kwotach groszowych, ale może sięgnąć wyższego pułapu. Jest to jednak ogromna wygoda, kiedy chcemy spokojnie otworzyć drzwi balkonowe, a kot będzie wdzięczny nam za możliwość oglądania ptaków i obserwowania świata z balkonu. Sama siatka nie szpeci balkonu i nie zmienia bardzo widoku za oknem. Fajne rozwiązania w tym zakresie proponują np. ‘Mam kota, zabezpieczam okna i balkon’ (https://www.facebook.com/siatkidlakotow)

Po co to robimy? Z prostej przyczyny – widzieliśmy za dużo kotów, które wypadły z okna czy balkonu i nie spadły na cztery łapy. W większości przypadków okazało się także, że jednak nie mają dziewięciu żyć….

Z kolei jeżeli kot idzie do domu i ma być tzw. kotem wychodzącym, to naszym jedynym warunkiem jest aby był to dom z daleko od ruchliwej ulicy. Tylko tutaj znowu powstaje pytanie, co  to znaczy ruchliwa ulica. Można uznać, że ulicą nie dla kota wychodzącego jest taka, którą w ciągu 5 minut przejeżdża 5 aut i która nie ma progów zwalniających – wtedy kot nie ma szans na ucieczkę, gdyby znalazł się w stanie zagrożenia. To też nie jest chyba złośliwy wymóg?

Najgorsze jest to, że odmowa adopcji bardzo często spotyka się z agresją i obrażaniem wolontariusza. Wtedy wychodzi prawdziwa natura człowieka. Skoro 99 procent osób, które chcą adoptować nasze koty nie widzi problemu w naszych zasadach, to dlaczego mielibyśmy je zmieniać dla kilku osób, które nie mogą tego zrozumieć? Nam też zależy na tym, żeby Kot znalazł jak najszybciej dom, ale nasza praca polega na tym, żeby to był dom, który właśnie jest bezpieczniejszy niż 'każdy inny'.

Niestety przez brak współdziałania pomiędzy organizacjami prozwierzęcymi, Osoba której odmówimy adopcji Kota pójdzie do kogoś kto mu ‘tak restrykcyjnych’ warunków jak Nasze i wróci do domu z kotem z innego źródła. Tylko, czy ten kot będzie bezpieczny?

Oczywiście nie jesteśmy w stanie przewidzieć czy tak będzie, ale mając pewne doświadczenie w zakresie organizowania adopcji możemy przewidzieć przebieg wypadków i dlatego też organizujemy wizyty przedadopcyjne, a potem kontrolujemy losy zwierząt. To jedyny sposób aby spać spokojnie z myślą, że zrobiliśmy co w naszej mocy, żeby Futrzakowi zapewnić lepsze życie


Tylko dlaczego to tak ciężko zrozumieć niektórym z ludzi, których spotykamy na swojej drodze i którzy twierdzą, że kochają koty?

piątek, 19 lipca 2013

Dochodzenie swojego w świecie oporu ... i do tego te śmieciarki

Miałem przygotować zapowiadany temat Krakowa i polityki wobec bezdomnych zwierząt, ale tym zajmę się później. A wszystko to przez narastającą frustrację wynikającą z jakości obsługi w różnych sferach życia – czy to  chodzi o służby mundurowe, MPO, lokale gastronomiczne czy zwykłe codzienne zakupy w ostatnich dniach.

Zastanawia mnie na ile faktycznie dochodzenie swoich praw, tudzież oczekiwanie dobrej jakości obsługi jest ciągle w Polsce uważane za wyraz arogancji, jeśli nie chamstwa – przecież ja dochodząc swoich praw mogę niechcący skrzywdzić kogoś innego . „Czy ja nie mam serca?”

Jak mogę zwrócić uwagę kasjerce w sklepie, która zachowuje się niestosownie wobec mojej osoby? Jak mogę w ogóle pomyśleć, żeby jej uwagę zwrócić? „Czy ja nie wiem w jakich warunkach one muszą pracować?” Oczywiście, że wiem! Ale czy przysłowiowa praca „na kasie” oznacza, że osoba pracująca tam jest pod ochroną i nie można jej zwrócić uwagi? Czy nie można wyrazić niezadowolenia ze świadczonej usługi tudzież obrażania klienta?

Zdjęcie: http://static1.iwoman.pl/i/art/239/vl97519.jpg

Okazuje się, że tak, ponieważ w sytuacji konfliktu na linii klient-kasjer, pozostali klienci stają po stronie tego drugiego, bo przecież kasjer/kasjerka jest tutaj ważniejsza – klient tylko się awanturuje opóźniając kolejkę – a przecież mam prawo wymagać od obsługi przynajmniej minimalnego, ale szacunku do klienta.  Czy w takim razie za dużo wymagam? A da się, bo w innej sieci (w tym przypadku dyskontowej) robiąc zakupy spotykam się w większości z miłą i sympatyczną obsługą.
Inny frustrujący ostatnio aspekt rzeczywistości to pomoc ze strony organów ścigania.

Kiedy przychodzisz na parking i okazuje się, że twój samochód został uszkodzony, a ktoś przetarł to miejsce ręką, żeby ocenić zakres uszkodzenia  i odjechał z miejsca wypadku, to chcesz znaleźć sprawcę. Oczywiście w przypadku braku monitoringu, czy świadków – błądzisz po omacku, lub poddajesz się klnąc na czym ten świat stoi.

Co jednak jeżeli jest monitoring? Niestety nie skierowany na miejsce zdarzenia, lecz na wjazd na parking, na który wjechało w ten dzień maksymalnie 10 aut? Czy spróbować wezwać policję co by Panowie poćwiczyli umiejętności dochodzeniowe i znaleźli sprawcę? Nic bardziej mylnego! Kiedy już łaskawie znajdą się na miejscu zdarzenia, poinformują Cię, że nie rozumieją w ogóle po co ja ich wzywam. Dodatkowo wykażą się dużymi zdolnościami predykcyjnymi mówiąc „Ja Panu powiem, jak to się skończy. Za 3 miesiące dostanie Pan list z informacją o umorzeniu sprawy”. Tak więc jestem już spokojny o przebieg mojej sprawy – wiem, że jest w dobrych rękach człowieka, który zna przyszłość.


I do tego śmieciarki – czy faktycznie muszą one jeździć w godzinach 7.00-9.00 wykorzystując godziny największego natężenia ruchu i powodując jeszcze większe korki? Czy nie byłoby lepiej łatwiej dla wszystkich, żeby albo pracowały w nocy (chyba, że jakieś uwarunkowania prawne tutaj wchodzą w grę), albo po prostu pracowały poza godzinami szczytu? Żyło by się lepiej. Wszystkim. Panowie nie denerwowaliby się na trąbiących na nich kierowców, a kierowcy nie spóźnialiby się do pracy przeklinając Panów Śmieciarzy.


niedziela, 30 czerwca 2013

Nie każda organizacja pozarządowa to NGO, czyli krótkie przemyślenia o nowych technologiach

Ostatni tydzień dostarczył mi nie lada tematów których nie omieszkam przeanalizować w kolejnych notkach : niszczenie cudzego mienia, praca administracji w tzw. „budżetówce”, praktyki studenckie, umowy deweloperskie, opieka medyczna, zakłócanie ciszy nocnej.  To wszystko obiecuję, że wypełni moje notki już niedługo.

Chciałbym jednak dokończyć temat, który już rozpocząłem, a który  niemal codziennie każdy z Was widzi i odczuwa. A mianowicie chodzi mi o internetową obecność organizacji pozarządowych.
Nie można ‘wejść do Internetu’, żeby nie spotkać  się z promocją określonego rodzaju wolontariatu: ‘Dołącz do nas! Wspomóż’*
a)bezdomnych ludzi,
b)osoby niepełnosprawne,
c) zwierzęta (konie, koty, psy, zwierzęta futerkowe),
d) odnowę zabytków,
e) świadomość obywatelską
f) inne
*niepotrzebne  skreślić

Można odczuć, że przeżywamy swoisty boom na wszelkiego rodzaju fundacje i stowarzyszenia. Czy tak faktycznie jest?  Może dzieje się tak dlatego, że po prostu  te fundacje i stowarzyszenia zaczynają wkraczać do sieci? I docierają do Nas po prostu lepszymi kanałami. Oczywiście kwestia wzrastającej liczby wszelkiego rodzaju organizacji oraz wzrastająca liczba wolontariuszy ma tu istotne znaczenie. Jednak te nowopowstające od razu sięgają do narzędzi, które są skuteczniejsze w dotarciu do odbiorcy i to powoduje ten ‘natłok medialny’ o którym wspominam.

I dlatego uważam, że szkolenia dla NGO w zakresu nowych technologii są bardzo ważne i bardzo potrzebne. Nie tylko dlatego, że nowe technologie są teraz ‘modne’, ale dlatego, że mimo tego ‘bomu’ duża część NGO jest w dalszym ciągu ‘tylko’ Organizacjami Pozarządowymi, fundacjami i stowarzyszeniami i bardzo często nawet nie zna nawet skrótu NGO, który wchodzi do dyskursu codziennego, szczególnie w większych miastach i tam, gdzie w wolontariat angażują się młode osoby.  Można więc uznać, że nowe technologie są swoistą przepustką dla organizacji pozarządowej, aby stała się NGO.

Chodzi o to, żeby każdy miał szanse zaistnieć i zdobyć zwolenników. Nie można dzielić wolontariatu na lepszy i gorszy, mniej i bardziej zaawansowany, czy atrakcyjny i nieatrakcyjny.  Każda pomoc, każde działanie  - nieważne w jakim zakresie są tak samo ważne – bo dzięki temu świat zmienia się na lepsze – jeśli nie dla nas to dla innych osób, czy środowiska. I to jest problem, bo  w dużej mierze polskie społeczeństwo nie docenia aktywności obywatelskiej. Nie ma też zaszczepionej świadomości tego, że może pomagać  - nie mówię tutaj o obowiązku wolontariatu na miarę szkół amerykańskich, ale w ogóle o promowaniu takiej działalności. Co więcej wolontariat, który nie jest ‘medialny’, może nie być popularny, bardzo często pozostaje w cieniu, bo jego uczestnicy nie chcą narazić się na śmieszność – szczególnie w mniejszych społecznościach.

Kiedy spotykam wolontariuszkę i pytam, do jakiej organizacji należy i czym ta organizacja się zajmuje, a  Ona  odpowiada mi, że będę się ‘śmiał z tego co robi bo to takie głupoty’,  to jest to dla mnie bardzo smutne. Dlaczego dzieje się tak, że myśli Ona, że ktoś może zaśmiać się z jej aktywności. Przecież nie ma nic śmiesznego w jakimkolwiek działaniu – śmieszne jest  wykpiwać lub deprecjonować takie aktywności.


W dużej mierze, działacze organizacji pozarządowych w mniejszych miejscowościach są biernymi użytkownikami sieci: nie stworzą strony WWW, nie rozpoczną promocji swojej aktywności na Facebooku, czy innych społecznościach. Potrzebują pomocy, potrzebują wsparcia tudzież zwykłej sugestii. Dlatego ważne jest, aby się dzielić z nimi swoją wiedzą i umiejętnościami. Nowe Technologie dla Organizacji Obywatelskich organizowane przez Pracownię Obywatelską, NowGoOnline organizowane przez WOŚP, czy Sektor 3.0 to tylko kilka przykładów konferencji, szkoleń i seminariów, które dają szanse wszystkim mniejszym organizacjom poznać tajniki działań medialnych, ale także poznać inne organizacje, z którymi mogą współpracować jeśli nie w zakresie lokalnym, to w zakresie tematycznym.  Musimy się bardziej nastawić właśnie na współpracę pomiędzy podmiotami NGO, niż na konkurencję w zakresie zdobywania środków, bo przecież z założenia naszym wspólnym celem jest ‘poprawienie świata’. Oczywiście to jest moje idealistyczne podejście i świadom jestem, że konkurencja będzie zawsze obecna, ale chciałbym właśnie takiej społeczności NGO, gdzie pomoc będzie obecna nie tylko na lini organizacja-beneficjent, ale także na linii organizacja-organiazcja

czwartek, 27 czerwca 2013

Nie-Internetowi hipokryci

Miało być dzisiaj o NGO i Internecie. I będzie, ale dopiero jutro. Dzisiaj chciałem się skupić na samym Internecie.

Według nowej ‘Diagnozy Społecznej’, o której trąbią dzisiaj media, 75,5 proc Polaków powyżej 16 roku życia ma dostęp do Internetu. Pytanie, jak dzisiaj rozumieć ten dostęp – czy to znaczy, ze mają łącze w domu? ‘Sztywne łącze’, jak się mówiło jeszcze 10 lat temu? Swoją drogą pamiętacie (znacie?) dźwięk modemu łączącego się z Internetem i ściąganie poczty na jednym impulsie po czym wysyłanie na drugim?

Czy mamy rozumieć ten dostęp jako mobilny Internet, łącze w miejscu pracy, Internet w telefonie, czy niezabezpieczoną sieć WiFi. (A wiecie, że ‘amerykańscy naukowcy’ dowodzą, że sympatia do sąsiadów wzrasta znacząco wraz z odkryciem niezabezpieczonego sygnału z routera?)

Co ciekawe, osoby, które nie mają dostępu do Internetu, najczęściej mówią, że po prostu nie jest to im potrzebne (I znowu nasuwa mi się kolejne pytanie do Was – dlaczego mój Word ciągle zmienia „‘internet’ na ‘Internet’ - Dobrze, że  nie zmienia na ‘internat’ jak te dekadę temu jeszcze mu się zdarzało -  skoro obecnie jest to na tyle powszechny termin, że nie ma potrzeby pisania go zaczynając dużą literą) 

Czy aby na pewno?  Czy faktycznie możemy dzisiaj mówić, że Internet jest nam niepotrzebny? Czy faktycznie możemy się bez niego obejść? Na ile jesteśmy w stanie poradzić sobie nie korzystając z technologii opartych właśnie na działaniu sieci. Oczywiście można spróbować, żyć jak w eksperymencie / książce ‘Nasz mały PRL’. Pół roku bez Internetu? Lub może jak Krzysztof Gonciarz – przez miesiąc?

Kto spróbuje?…  Nie widzę lasu rąk…. – a to wszystko dlatego, że nie jesteśmy się w stanie obyć bez technologii dzisiaj. Kiedy ostatnio sprawdzaliście repertuar kin w gazecie? (A tak w ogóle to kiedy ostatnio kupiliście gazetę?) Jak często korzystacie z drukowanych map podczas jazdy, ryzykując życiem swoim i innych uczestników ruchu, kiedy płachta zasłania Wam przednią szybę? W końcu – kiedy ostatnio zrobiliście zdjęcie, odbitkę, wsadziliście w album i pokazali znajomym? Takie banalne przykłady, które mógłbym mnożyć pokazują, że ta technologia, czy mobilna, czy to ‘stacjonarna’ jest potrzebna w codziennym życiu

Tak więc osoby w grupie ‘najmłodszych’ i ‘średnio-młodych’ użytkowników (tak - na szczęście tutaj się jeszcze kwalifikuję) które mówią, że Internet nie jest im potrzebny, próbują grac osoby a-internetowe. Stąd oczywiście też moda na telefony ‘nie-smartfony’ (czemu od razu nie przejść się ze stacjonarnym?), moda na nie-posiadanie społeczności (tudzież nie-korzystanie z tejże) itd. Itd. Czy im faktycznie Internet nie jest potrzebny?


Nawet jeżeli próbują manifestować taki styl życia, jest on niestety swego rodzaju hipokryzją – i tak prędzej czy później ich codzienny świat oprze się na tej technologii, czy tego chcą czy nie chcą. Prognoza pogody przesyłana jest przez światłowód, gdyby nie sieć nie obejrzałby wiadomości, dzięki Internetowi może szybciej dostać wyniki swoich badań, a administracja i organy ścigania zidentyfikować osobę. To wszystko sprawia, że stwierdzenie ‘nie potrzebuję Internetu’ odczytane może być ‘nie potrzebuję społeczeństwa’. Czy chcemy, czy nie sieć wszelaka, nawet jak jej nie chcemy, jest nam pomocna.

27.06.2013